poniedziałek, 26 marca 2012

1.17 - epilog


Jeżeli chodzi o Jessicę, Jusina i Mirabel, to krótko mówiąc rodzinka idealna. Dziewczynka ma 2 latka, a jej rodzice niedawno obchodzili pierwszą rocznicę ślubu. Kiedy państwo Bieber pracują maleństwem na zmianę opiekuje się albo jedna albo druga babcia. Młode małżeństwo na razie nie planuje kolejnego dziecka, ale w przyszłości kto wie …
Natomiast jeśli mówimy o Vanessie i Zacharym, dziewczyna 2 lata temu urodziła zdrowego i pełnego energii synka, Christiana. Rodzice chłopca planują ślub w przyszłym roku. Zack został biznesmenem, a Nessa aktualnie zajmuje się dzieckiem. Młody tatuś bardzo pragnie mieć jeszcze córeczkę, ale niestety ze względu na powikłania po niefortunnym wypadku, który miał miejsce półtora roku temu jest to praktycznie niemożliwe.

niedziela, 18 marca 2012

1.16 - "On nie żyje"


Obudziłam się o 6 rano zalana potem i łzami. Justin nie spał, tylko mi się przyglądał. Kurde, to ma widoki..
-Kochanie co jest? – wyszeptał zachrypniętym głosem.
-Sen.. – wydyszałam. – Eve, Alan .. – tylko tyle zdążyłam powiedzieć, bo się rozryczałam. Kto by pomyślał, że Jessica Gomez jest zdolna do płaczu? No nic. Szlochałam tak nie wiem ile czasu, a MOJE kochanie ciągle mnie tuliło i powtarzało „wszystko będzie dobrze”, ale czy na pewno tak będzie? To wie sam Bóg. Teraz się o tym przekonałam. Jak już się troszeczkę uspokoiłam, było około godziny 9. Aż dziw, że mama nie przyniosła maleńkiej na karmienie, no bo w końcu porę ma o 6. Nie przejmując się zbytnio córką, opowiedziałam chłopakowi mój sen, a on tylko mnie przytulił i potwierdził słowa mojego przyjaciela.
Po śniadaniu wróciliśmy wraz z Mirabel do domu. Położyłam naszego skarba w łóżeczku, ponieważ w samochodzie nam usnęła. Usiedliśmy sobie z Justinem przed telewizorkiem, jednak nie dane nam było nawet wybrać filmu, ponieważ do drzwi zadzwonił dzwonek, a zaraz potem ujrzeliśmy w salonie naszych przyjaciół. Byli uśmiechnięci od ucha do ucha. Nie wiedzieliśmy o co chodzi, ale jak się okazało chwilę później, usłyszeliśmy cudowną wiadomość..
-Cześć kochani. Nie uwierzycie, co się właśnie wydarzyło. – wykrzyczała Nessa.
-Siemka. No, jak nam powiecie, to możliwe, że uwierzymy.
-Więęęęęc – przeciągnął Zack, ale widać było, że bardzo chce się z nami podzielić nowiną. – Vanessa jest w ciąży – wywrzeszczał podniecony. Moje oczy na stówę wyglądały jak spodeczki. Czy się cieszyłam? No, co to jest w ogóle za pytanie? Oczywiście, że się cieszyłam. Miałam ochotę skakać i im gratulować.
-To świetnie – powiedział mój chłopak, klepiąc Zacharego po ramieniu. – radujemy się z wami tą wiadomością. To chodźcie teraz szybciutko usiądziemy w salonie i opowiecie nam jak to się stało, że wpadliście tacy szczęśliwi akurat teraz. – zrobiliśmy jak powiedział i zaczęliśmy rozmowę. W pewnym momencie usłyszałam przez elektryczną nianię, że maleńka płacze. Zanim zdążyłam się podnieść, Bieber pocałował mnie namiętnie i wyszeptał, że on pójdzie. Przystałam na tę propozycję i gadałam dalej z przyszłymi rodzicami.
*** /2 miesiące później/***

-No nie do wiary!!! –krzyknęłam, gdy przyjaciółka pokazała mi zdjęcie USG – jaki on śliczny. – powiedziałam, po czym przytuliłam Vanessę…
-Jejciu. Tak się cieszę, że będę miała synka .. już nie mogę się doczekać, aż go zobaczę – uśmiechnęła się.
Tak, dobrze zrozumieliście… Nessa i Zack spodziewają się synka. Dziewczyna jest w 4 miesiącu i już mają przygotowany pokoik i imię dla chłopca, ale tego drugiego nie chcą nam zdradzić, dranie jedne. Mi i Justiowi żyje się bardzo dobrze. Maleńka w prawdzie nie daje się wyspać w nocy, jednak to mi wcale nie przeszkadza. Jutro mam zamiar wrócić do szkoły, bo już mnie w domu koty męczą, a moja rodzicielka zajmie się swoją kochaną wnusią.
Wstałam dzisiaj rano i udałam się do łazienki. Wzięłam szybki prysznic, umyłam, wysuszyłam i wyprostowałam włosy. Zrobiłam sobie lekki makijaż i wróciłam do pokoju. Mojego śpiocha już nie było, ale usłyszałam jego głos dochodzący z pokoju naszej córeczki. Weszłam do wcześniej wspomnianego pomieszczenia, a uśmiech sam wkradł mi się a twarz. Mój narzeczony – w między czasie zdążył mi się już oświadczyć – przebierał Mirabel w śpioszki i rozmawiał do niej. No widok wprost nieziemski. Mimo tego, że mam go na co dzień od 2 miesięcy, nadal się nim zachwycam.
-Dzień dobry kochanie – wyrwał mnie z zamyślenia głos wcześniej wspomnianego mężczyzny. Odwróciłam się i przywitałam go namiętnym pocałunkiem, po czym cmoknęłam dziewczynkę, którą trzymał na rękach.
-Cześć misiaczku – powiedziałam, a on powtórzył moją poprzednią czynność i kładąc wpierw Mirabel do łóżeczka, wpił się zachłannie w moje usta. Nie opierałam się. Było mi cudownie, ale niestety co piękne, szybko się kończy. Tym razem finiszem naszej namiętności było przyjście mojej mamy.
-Witam dzieci. Nie chciałabym wam przeszkadzać, ale pora iść do szkoły. – no jak zwykle musi pomarudzić.
-Już idziemy mamusiu – powiedziałam, cmoknęłam ją w policzek i ucałowałam czółko mojego maleńkiego, a jednak największego, skarba na pożegnanie.
Będąc w szkole jakoś nie mogłam się skupić, bo wszyscy cały czas się gapili na mnie i Justina. No co kurwa własnego życia nie mają? Jedna dziewczyna nawet podeszła do mnie i powiedziała, że nie ma pojęcia dlaczego w tak krótkim czasie po śmierci dziecka wróciłam do szkoły, a także, że jestem okropną matką. Zrobiło mi się bardzo przykro, bo przecież nawet nie znam tej dziewczyny, a ona już mnie tak podle osądza. Podobno doszła do szkoły kilka tygodni temu, a już spała z większą częścią płci silnej. A wracając do tego, że już wróciłam do szkoły, to co miałam przez całe życie siedzieć w domu, bo moja córeczka nie żyje? I nie uważam, że jestem złą matką, bo przecież nie zostawiłam Mirabel z jakoś obcą kobietą tylko z moją mamą, która przecież mnie wychowała.
Reszta lekcji minęła szybko. Właśnie wracamy z Justinem do naszego domu. Gdy dojechaliśmy, zobaczyłam na mini parkingu czarny samochód -  nie znam się na markach – nie wiem, czyj on może być. Weszliśmy do środka, a w salonie siedziała moja mama i jakiś facet. No może nie taki jakiś facet tylko chłopak. Na pewno nie ma więcej niż 19 lat. Rozmawiali.
-E cześć. – rzuciłam i podeszłam do mojej małej perełki, po czym ucałowałam jej czółko.
-Cześć córuś. To jest Kryspin. – przedstawiła mi chłopaka.
-Cześć Jessica.
-Siema. Ja kim jesteś i co robisz w moim domu?
-Hej Ju… - powiedział Jus wchodząc do pomieszczenia – a ty to? – zapytał naszego gościa.
-Justin, zostawmy ich na trochę samych, muszą sobie wiele wyjaśnić – moja rodzicielka z Belką na rękach wyprowadziła Biebera z pokoju.
-Jessica nic się nie zmieniłaś. Nadal jesteś taka śliczna jak 10 lat temu. – powiedział, po czym ni stąd ni zowąd mnie przytulił. Coś mi zaczęło świtać.
-Ah. O tak to ty jesteś kolegą z wakacji u babci! –krzyknęłam uradowana, że sobie go przypomniałam.
-No właśnie przyjechałem tu głównie po to, żeby wyjaśnić ci, że nie do końca kolegą. Jestem twoim bratem. – no i mnie zamurowało. Jakim bratem? Przecież ja jestem jedynaczką. I przecież on jest ode mnie starszy. Mama urodziła mnie jak miała 16 lat, więc to nie możliwe, żeby wcześniej urodziła jego. Poza tym poznali się z ojcem w łóżku, kiedy mnie płodzili. – Jess, przyrodnim bratem. Twój choć w sumie nasz ojciec miał romans z twoją mamą, kiedy dowiedział się, że jego narzeczona, czyli moja mama jest chora. Jak to on niedawno ujął „chwila słabości’’. Owocem tego romansu byłaś ty, a że tata jest od Julliet starszy o 4 lata to postanowił się z nią ożenić i wychowywać ciebie. On cię naprawdę kochał…
-Kochał, już nie kocha – wykrzyczałam ze łzami w oczach…
-Jess, kocha. Patrzy na ciebie gdzieś z góry. Kazał mi ci to dać. – podał mi jakiś list, który chciałam porwać, ale był szybszy. – nie rwij, najpierw przeczytaj. - Zrobiłam jak kazał. To czego się dowiedziałam złamało mnie. Myślałam, że odszedł, bo już nic z mamą dla niego nie znaczyłyśmy, ale on pojechał zaopiekować się Kryspinem, gdy jego mama zmarła. Napisał, że przeprasza, że tak długo się nie odzywał, ale załamał się po śmierci Lidii.
-Ale… ty wiedziałeś wtedy na wakacjach, że no jesteśmy rodzeństwem? –spytałam.
-Oczywiście, że tak. Ale ojciec zabronił mi mówić. Powiedział, że jesteś jeszcze za mała i nie zrozumiesz. Kilka miesięcy temu był u ciebie, ale jak wrócił to się załamał.
-Niby czemu?
-Powiedział, że nie chcesz go znać i dla ciebie nic nie znaczy, a Jull jest ze swoim przyjacielem, jeszcze z liceum, a tydzień temu zginął… - zamurowało mnie… mój ojciec nie żyje?! To jakieś żarty?! Niedawno straciłam córkę, a teraz dowiaduję się, że też ojca?! Nie no życie jest pojebane.
-Jak? – tylko tyle z siebie wydusiłam.
-Słyszałaś o tej katastrofie  lotniczej? – kiwnęłam głową – Edward leciał do Californi.
-Ale… dlaczego? …. Dlaczego ja nic wcześniej nie wiedziałam? … mógł mi przecież do cholery powiedzieć wcześniej, że mam brata. Gdybym wiedziała, na pewno utrzymywalibyśmy jakiś kontakt…
-Jess zrozum nie mogłaś wcześniej wiedzieć. No bo jak byś się czuła żyjąc z myślą, że jesteś skutkiem ubocznym słabości ojca? Ważne, że kochał nas oboje tak samo.
-No ale przecież ty sobie musiałeś poradzić bez niego jak byłeś mały…
-Jessica, on co weekend u mnie był, a jak trzeba było, to nawet częściej przyjeżdżał. Jull wiedziała o mnie i mamie. Proszę cię nie miej nikomu za złe, że nic nie wiedziałaś. Po prostu tak było lepiej. Ale zanim wyleciał, powiedział, że jeżeli mu się coś stanie to mam jak najszybciej do ciebie przyjechać, wszystko wytłumaczyć i dać ten list. – nie mogłam już nic więcej powiedzieć, więc wtuliłam się w swojego brata i cichutko łkałam. A wtedy …
-Oczętami pana B-
Nie mogłem już wytrzymać, więc postanowiłem iść ‘’po płyty’’ do salonu, aby zobaczyć o czym rozmawiają. Wcieliłem swój plan w życie i wszedłem to salonu, a tam moja narzeczona była w ramionach tego chłopaka. Wkurzyłem się, bo nie wyglądało to jakby on ją trzymał w nich siłą. Zauważyłem, że Jess ma mokre policzki. Płacze? Od tego chorego snu z Alanem i naszą zmarłą córeczką nie widziałem, żeby to robiła… podszedłem kilka kroków bliżej i wtedy mnie zauważyła. Nic nie mówiąc przytuliła mnie. Nie wiem co jest grane, ale zapewne zaraz się dowiem.
-Kochanie, czemu płaczesz? – spytałem.
-Mój tata … on … on… - wychlipiała.
-On? – ponagliłem ją.
-On nie żyje. – zamurowało mnie. Nawet go nie poznałem. – A to jest mój przyrodni brat – pokazała na chłopaka. Przytuliłem ją bardzo mocno i pocałowałem w czoło.
-Będzie dobrze skarbie.
-Nie, nie będzie! Justin czy ty nie rozumiesz? Jak go ostatnio widziałam, nawyzywałam go i wygoniłam z domu. On mnie na pewno znienawidził… - rozpłakała się jeszcze bardziej.
-Jess, jakby cię nienawidził, to nie napisałby tego listu. –powiedział ten chłopak.
-Kryspin ma racje – powiedziała Jull wchodząc do pokoju. – Skarbie, ojciec zawsze cię kochał, kocha i nadal będzie kochać. Nie przejmuj się. Idź się połóż, a ja zaopiekuję się Mirabel. No już, Justin pójdź z nią…
-Dobrze. – powiedziałem, po czym razem z moją ukochaną poszliśmy na górę. – kochanie połóż się, przyniosę ci coś do picia – pocałowałem ją, ale ona wpiła się w moje usta i pociągnęła na łóżko….

niedziela, 19 lutego 2012

1.15 - "That should be me"


-Oczami Justina-
Pojechaliśmy do szpitala i … Jessica straciła przytomność. Zawieźli ją na badania i po godzinie okazało się, że poród już się zaczął. Przeraziłem się i widziałem strach w oczach mojej dziewczyny, która odzyskała już jakiś czas temu przytomność. Przewieźli ją na porodówkę, a ja pobiegłem za nią. Lekarz zapytał czy Jess chce mieć cesarskie cięcie, ale ona szybciutko odmówiła.
-Kochanie, a może jednak? – spytałem przytulając ją z nadzieją, że da się przekonać, ale ona odpowiedziała stanowczo, że będzie lepiej jak urodzi o własnych siłach.
-Justin… - wyszeptała po jakiejś półgodzinnej ciszy. Spojrzałem na nią i czekałem, aż będzie mówić dalej. – zadzwoń do rodziców.
-Dobrze skarbie – ucałowałem jej czółko i wyszedłem na korytarz. Wykręciłem najpierw numer do Jull i nacisnąłem zieloną słuchawkę.
/rozmowa telefoniczna/
-Halo? – powiedziała zaspana.
-Mówi Justin. Poród się zaczął… - nie zdążyłem powiedzieć nic więcej, bo usłyszałem tylko krótkie „jadę”
/koniec rozmowy telefonicznej/
Po sygnale zakończenia rozmowy postanowiłem powiadomić także moją mamę. Wybrałem więc numer do swojej rodzicielki i po 2 sygnałach przekazałem jej wiadomość. Wszedłem z powrotem do Sali Jessi i przytuliłem ją. Była wystraszona, bo cały czas bolał ją brzuch, ale wiedziała od samego początku, że tak to będzie wyglądać…
-Justin – usłyszałem jej cichy szept.
-Tak skarbie?
-Dziękuję… - już miałem jej powiedzieć, że nie mam zielonego różowego bladego - czy jakie tam kto sobie jeszcze wymyśli – pojęcia, ale ona mi na to nie pozwoliła. – dziękuje za to, że jesteś, choć wcale nie musisz – wyszeptała.
-Kochanie po pierwsze to nie ma za co, bo jestem tu dla mojej rodziny, a po drugie to właśnie, że muszę i chcę. Mam swoje 3 słoneczka, a 2 z nich dzisiaj mam zamiar ujrzeć na oczy – zakończyłem składając na jej ustach krótki pocałunek, gdyż na salę wleciały nasze mamy.
/13 godzin później/
Jessica zaczęła przeć. Zack – który wraz z Nessą przyjechali zaraz po naszych rodzicielkach – nagrywał poród na kamerę (co nie powiem, ale mnie bardzo wkurzało, bo patrzył na krocze mojej dziewczyny), a ja, Jull, V i moja mama otaczaliśmy Jess. Moja ukochana co chwilę mocnej ściskała moją dłoń. Bolało, a zaczynając od tego, iż tą właśnie ręką gram, trochę się przestraszyłem, że coś mi w nią zrobi, ale jednak ona i moje córeczki są ważniejsze i szybko przestałem się tym przejmować.
Pierwszą córeczkę, która wyjdzie na świat postanowiliśmy nazwać Eve, a drugą Mirabel. No więc jak to było ustalone, najpierw urodziła się Eve. Dziewczynka nie płakała. Lekarz szybko przeciął pępowinę i już chwilę później kolejny reanimował naszą córeczkę. Bardzo się wystraszyłem całym tym wydarzeniem. Byłem bliski płaczu. Spojrzałem na Jessicę i zobaczyłem, że szocha. Przytuliłem ją i wyszeptałem, że wszystko będzie dobrze oraz to, że musi się trzymać, bo jeszcze jeden dzidziuś czeka. Po 13 minutach przyszła na świat Mirabel. Zapłakała, co znaczyło, że oddycha. Jess dostała na ręce dziewczynkę i zaczęła płakać. Pielęgniarka wzięła dziecko od matki i powiedziała, że muszą je wykąpać, zmierzyć, zważyć i zbadać.
-Mam złą wiadomość – po jakiś 20 minutach powiedział lekarz, który zajmował się Eve – państwa córka –tu zwrócił się do mnie i mojej dziewczyny –  urodziła się… martwa. –zamarłem - Bardzo mi przykro, ale nie było szans, żeby ją uratować. – nic już do mnie nie docierało. Jakim cudem moje dziecko nie żyje? No jakim?
-Oczami Jess-
…martwa. - Po tym jednym, jedynym słowie nie liczyło się nic. - Dlaczego akurat moje dziecko? – pytałam w myślach tego na górze. – czemu uwziąłeś się na mnie i mi to robisz hm? Ja wiem, że jestem egoistką, ale chyba nie musiałeś mi zabierać córki i to od razu po urodzeniu? – tymi pytaniami zaprzątałam sobie głowę, a po chwili zorientowałam się, że mam jakąś maskę i wiozą mnie na inną salę. Zaprotestowałam, ale było już za późno. Pobadali mnie i trochę po tym do pomieszczenia wszedł…
-Oczami Justina-
Miałem ochotę wybiec z sali i trzasnąć drzwiami, ale nie mogłem. Jestem teraz potrzebny Jessice. Popatrzyłem na nią i myślałem, że umrę. Była cała blada, a jej klatka piersiowa prawie wcale się nie unosiła. Dziewczyna w ogóle się nie ruszała. Potrząsnąłem jej rękę, ale to nic nie dało. Zacząłem do niej rozmawiać, ale to też nie działało. Lekarze podali jej tlen i zabrali na jakąś inną salę. Chciałem za nimi biec, ale kazali mi zostać. Nie słuchałem ich. Poszedłem, ale zamknęli mi drzwi przed nosem. Wróciłem tam skąd przyszedłem, usiadłem na krześle i oparłem głowę o ręce. Nie dość, że straciłem córkę, na którą tak czekałem, to jeszcze mogę stracić najważniejszą osobę jaką mam. Bieber bierz się w garść, bo jak się rozkleisz to nie zwrócisz życia córce, a także nie pomożesz Jess. Usłyszałem głosik w mojej głowie. Ale to powinienem być ja, a nie ta mała istotka, która nawet jeszcze nie zasmakowała życia. To ja powinienem umrzeć, nie ona. That should be me… Powtarzałem sobie w myślach, aż przyszedł lekarz i oznajmił, że z moją dziewczyną wszystko w porządku i to był tylko szok po stracie dziecka. Ten facet powiedział to tak radośnie, ciekawe, co by zrobił jakby to było jego dziecko? Poszedłem szybko do pokoju w którym obecnie leżała kobieta mojego życia. Wpuścili tylko mnie i nawet nie chcieli wpuścić Jull. Podszedłem do jej łóżka i mocno ją przytuliłem. Płakała. Wróć, ona zanosiła się płaczem. Nie mogłem na to patrzeć. Nie wiedziałem nawet co powiedzieć. Udało mi się tylko wydusić tyle, że będzie dobrze, chociaż sam w to prawie nie wierzyłem. Wszedł lekarz i poinformował, że Mirabel jest okazem zdrowia. Ucieszyła mnie ta wiadomość i widziałem też radość na twarzy dziewczyny. Po chwili nasza córeczka leżała na jej rękach…
-Kochanie zobacz jaka ona śliczna – powiedziałem przez łzy. Szczęścia. Siedziałem obok niej na szpitalnym łóżku i obejmowałem moje kobietki.
-Tak – wypłakała – szkoda tylko, że nigdy nie ujrzy swojej siostrzyczki, z którą spędziła 7 miesięcy w brzuchu. – rozkleiła się na dobre. Przytuliłem ją bardzo mocno i pocałowałem. Wiem jak jej trudno. W końcu ja też to przeżywam.
-Skarbie, proszę cię, nie płacz. Bądź silna. Mi też jest ciężko, ale musimy żyć dalej. Chociażby dla Mirabel. –powiedziałem, a w oczach zakręciły mi się łzy. Bieber, idioto nie płacz przy niej. Nie kiedy błagasz ją, by tego nie robiła. Skarciłem się w myślach i szybko wytarłem powieki…
/kilka dni później/
-Oczami Jess-
Wczoraj wyszłam z małą ze szpitala. Kocham tego szkraba, który przez 3 noce nie dał mi zmrużyć oka, dobrze, że Justin cały czas był przy mnie, więc ją uspakajał, a mogłam się chwilę zdrzemnąć. Nadal nie mogę uwierzyć, że już jestem matką, w końcu termin miałam na za dwa miesiące.
Ciągle myślę o mojej zmarłej córeczce. Dzisiaj jest jej pogrzeb. Obudziłam się i zobaczyłam jak mój chłopak już ubrany zajmuje się Mirabel. Jedna, samotna łza spłynęła po moim policzku. Podeszłam do Justina i przywitałam go i malutką buziakiem w policzek, po czym poszłam do łazienki. Do uroczystości (choć nie wiem czy tak to można nazwać) zostały 3 godziny. Wykonałam poranne czynności i udałam się do garderoby. Spojrzałam w lustro i przeraziłam się. Miałam wielkie wory pod oczami, ale olałam to. Wyjęłam czarną sukienkę i tego samego koloru torebkę, szpilki i narzutkę oraz jakieś dodatki. Ubrałam wcześniej naszykowane ciuchy i postanowiłam, że na głowie umieszczę wielki kapelusz.  Podeszłam i przyjrzałam się Bieberowi. Miał na sobie czarny garnitur i koszulę tej samej barwy.
Byliśmy już na cmentarzu. Po ceremonii najbliżsi pojechali do domu mojej mamy. Moja przyjaciółka miała na sobie czarną sukienkę przed kolano, szpilki i torebkę, a także dodatki. Zjedliśmy kolację i porozmawialiśmy. Postanowiliśmy wraz z Justinem, że dzisiaj we trójkę przenocujemy tutaj, bo mama nie chciała nas puścić do siebie. Powiedziała, że zajmie się małą, a my mamy się porządnie wyspać. Weszliśmy do mojego byłego pokoju i położyliśmy się na łóżku. Nie mogłam zasnąć, ale po dłuższym czasie Morfeusz postanowił mnie jednak wpuścić do swojego królestwa.
Siedziałam w ciemnym pokoju i szlochałam. W ręce trzymałam żyletkę i już miałam przykładać ją do skóry, kiedy ktoś dotknął mojego ramienia. Gwałtownie się odwróciłam i zobaczyłam mojego przyjaciela trzymającego na rękach Eve. Łzy zalały moje policzki. Nic już nie widziałam. Alan podał mi córeczkę. Wzięłam ją na ręce i mocno przytuliłam.
-Nie płacz słońce. – wyszeptał.
-Jak? – tylko tyle byłam w stanie z siebie wydusić.
-Normalnie. Jej jest lepiej tu gdzie jest. Kochanie ja się nią zaopiekuje. Obiecuje… - zabrał mi dziecko i odszedł… krzyczałam, żeby poczekał, że chcę się pożegnać, ale widziałam tylko jak się oddalał…